Dzisiaj zapraszam na spacer po Warszawie. Spacer z punktu widzenia osoby, która zna miasto na tyle, żeby wiedzieć czego może się spodziewać, ale też takiej, która nie zna Warszawy na tyle, żeby wiedzieć co czai się za każdym rogiem. Spacer potrwa jakieś 3h. W sam raz, żeby przyjemnie spędzić popołudnie, coś zobaczyć, ale też nie za bardzo się zmęczyć.
Wybierając się na spacer postawiłam na przypadek. Nie zapoznałam się z żadnym przewodnikiem, nie patrzyłam na mapę. I mimo, że byłam tu już dziesiątki razy to jak się okazuje jest mnóstwo miejsc, które mogę jeszcze poznać. Także tych tak zwanych „atrakcji turystycznych”.
Na pierwszy rzut oka dzieje się tu zdecydowanie więcej niż w Poznaniu. Więcej obcokrajowców, więcej turystów, więcej atrakcji i wydarzeń. Mieszkam w samym centrum. Hałas 24h na dobę, jak nie ścigające się samochody (w końcu Marszałkowska do wąskich nie należy) to budująca się całą dobę druga linia metra, a jak nie metro to zapachu z dwóch kebabów znajdujących się dokładnie cztery piętra pode mną. Od koloru do wyboru. Ale ma to też swoje plusy. Trzy minuty spaceru dzielą mnie od Ogrodu Saskiego. I to właśnie od niego zaczęłam tego dnia zwiedzanie.
Sam ogród to, jak na ścisłe centrum miasta, całkiem spora połać zieleni. Jest jeziorko, kaczki, są fontanny. Po przeciwnej (od Marszałkowskiej) stronie parku dochodzi się do Planu Nieznanego Żołnierza. Niestety, obecnie jest w remoncie. Pamiętam jednak zmianę warty, którą obserwowałam jeszcze jako dziecko, i do dzisiaj nie mogę się nadziwić jak żołnierze mogą stać tyle godzin niemal bez ruchu… Tym razem nie było okazji tego sprawdzić. Ogród został założony na początku XVIII wieku i był pierwszym w Polsce parkiem udostępnionym mieszkańcom. Z fotograficznych pobudek w całym parku najbardziej podobała mi się fontanna (a właściwie nawet nie fontanna tylko woda spadająca na tle błękitnego nieba) oraz piękne kwiaty przy stawie. Jest też, przez większość czasu okupowany przez turystów, zegar słoneczny z XIX wieku.

Biorąc pod uwagę widok z mojego okna – na budowę metra i Pałac Kultury, a także na wszechobecny hałas, wierzyć mi się nie chciało, że 500m dalej czekała na mnie oaza zieleni.

W tle widać płot oddzielający Ogród od Placu Nieznanego Żołnierza. A na pierwszym planie? Jakikolwiek był powód ten chłopak właśnie w ten sposób pozował do zdjęcia…

Na tą fontannę polowałam przez trochę dłuższy moment. Ale fotograficzne rezultaty tego polowania to raczej temat na mojego drugiego bloga.
Od Ogrodu jest już całkiem blisko do Krakowskiego Przedmieścia, a stamtąd można by właściwie podążać za tłumem turystów i w ten sposób zwiedzać Warszawę. Jeśli ktoś oczywiście lubi. Po wizycie w Kandy wydawało mi się, że nigdzie nie zobaczę takiej ilości wycieczek zorganizowanych. Zobaczyłam. Ostatnio w Warszawie.

Zdjęcie ze strażnikiem Pałacu w Londynie? A czemu nie zrobić tego samego przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie? Co prawda nikt do nikogo się tu nie przytulał, ale zainteresowanie turystów było na podobną skalę.

Po drodze trafiłam na wystawę „Back to the future” – zdjęcia, które są zainspirowane starymi fotografiami. Oba przedstawiają te same osoby, w tych samych pozach, ubraniach, miejscu. Z czasem zmienia się tylko człowiek. Najbardziej spodobało mi się to zdjęcie.
Rynek w Warszawie różni się od typowych Starych Rynków dużych miast Polski. Jest mniejszy, bez ratusza, zastanowiony knajpkami. No i nie jest stary. Niemal całe centrum zostało zniszczone podczas II Wojny Światowej. Efektem tego są budynki, które – choć większość z nich przypomina oryginały – zostały odbudowane już po zakończeniu wojny. Może dlatego większość budynków jest w całkiem dobrym stanie, w porównaniu z innymi miastami.
Centrum tętni życiem. Sprzedawcy balonów, pełno ludzi siedzących na murkach nieopodal Zamku, na rynku dziewczyna puszcza bańki mydlane, które mogłabym obserwować w nieskończoność. I jakaś dziewczynka, która te bańki z uporem rozbija zanim jeszcze zdążą się wznieść. Przy Zamku Królewskim kurtyna wodna. Popularna ostatnio w Polsce forma ochładzania się podczas upałów. Ale jest też coś, czego gdzie indziej nie spotkałam. Na placu stał samochód z wodą pitną i kubeczkami. Można było podejść i się napić. Za darmo. Niewielki koszt, a ile korzyści. Inne miasta (nie tylko w Polsce) mogłyby to podpatrzyć…
1 sierpnia intensywnie obchodzono rocznice Powstania Warszawskiego. I chyba dzięki temu zaczęłam zwracać na różnego rodzaju symbole, których wcześniej nie widziałam. Tablice upamiętniające zabitych, pomniki Powstańców, nazwy ulic, kwiaty. Porównuję sobie z Powstaniem Wielkopolskim i stwierdzam, że znacznie lepiej wychodzi nam upamiętnianie przegranych niż wygranych.
Po drodze, niedaleko Rynku Nowego Miasta, odkryłam też Muzeum Azji i Pacyfiku. Spodziewałam się więcej, trafiłam tylko na bardzo małą wystawę batików indonezyjskich. Co jednak, z tematów Azjatyckich, jest w Warszawie świetne to ilość knajpek i restauracji azjatyckich. Co kawałek można spotkać restaurację, która swoimi korzeniami sięga Azji. W niektórych widziałam azjatycką obsługę. Kolejnym krokiem będzie poszukanie opinii i znalezienie tej, do której warto pójść. Bo jak wiadomo egzotyczne restauracje nie są egzotyczne tylko dla nas, ale też dla ludzi stamtąd. Bo to co u nas jest serwowane często smakiem niezbyt przypomina to, co można zjeść na miejscu. Jak znajdę coś wartego uwagi dam znać. Może przy okazji kolejnego spaceru po Warszawie?

W wielu miejscach w Warszawie można usiąść na ławkach Chopin’owskich. Po naciśnięciu guzika ławeczka gra. Albo przynajmniej powinna. Ja miałam dzisiaj szczęśćie do tych niedziałających.

Każda forma miejsce do odpoczynku jest dobre. Mi się jednak szczególnie spodobał papieros, który trzymał się w pionie choć jego właściciel spał w najlepsze.

Zaraz za podzamczem jest pełno kafejek i restauracji. W tej spodobało mi się rozwiązanie problemu obniżającej się ulicy.
Znalazłeś w tym artykule przydatne informację? A może czegoś Ci w nim zabrakło? Zostaw komentarz, Twoja opinia pomoże mi lepiej dostosować i rozwijać artykuły zawarte na blogu.
Chcesz na bieżąco wiedzieć co się ciekawego dzieje? Dołącz do fanów bloga na facebook’u

























Ewa Jermakowicz





