To była dziwna lektura. Dostałam książkę „Zapiski Nosorożca. Moja podróż po drogach, bezdrożach i legendach Afryki” Łukasza Orbitowskiego. Zostałam poproszona o recenzję. Recenzja na stronie wydawcy, opis na tylnej okładce, zdjęcia. To wszystko zachęcało. Za czytanie zabrałam się przy pierwszej okazji. W autobusie do pracy. Nie lubię gapić się w szybę, nie chcę się gapić w ekran telefonu, książka więc. Idealny sposób na chwilę dla siebie w czterogodzinnym, codziennym, trybie dojazdowym. Zaczęłam czytać i…
… po kilku stronach przestałam. Autor na samym początku napisał, że książka rodzi się z notatek, ze zdjęć, z opowieści. I czytając „Zapiski Nosorożca” takie właśnie odniosłam wrażenie. Pierwsze strony, zamiast spójnej całości, przeskakują od akapitu do akapitu, od zdjęcia do zdjęcia. Poznajemy kolejne historie, bez związku z poprzednimi. Wiele razy musiałam wracać do poprzedniej strony, akapitu, próbując znaleźć powiązanie, złączyć je w całość. Bezskutecznie. Kilka razy miałam poważne podejrzenia, że ktoś podczas składu pomylił kolejność akapitów.
„Zapiski Nosorożca” to wspomnienia trzytygodniowej podróży do RPA. Autor wraz ze swoją przyjaciółką podążają szlakami bardziej i mniej turystycznymi. Wraz z autorem przemierzamy Kapsztad, wynajętym samochodem odwiedzamy wiele mniejszych miejscowości, spędzamy kilka dni w Parku Krugera i docieramy do Johannesburga. Czytelnik poznaje trasę pokonywaną każdego dnia, wrażenia, historie i przemyślenia. I właśnie te ostatnie czyta się jakby słuchało się podwórkowych opowieści sąsiadów, którzy przy piwku w bramie opowiadają sobie czego to na wakacjach nie widzieli, jaki był brud, jakie mapy beznadziejne. Pełno jest ulicznego slangu i, co w książce boli najbardziej, przekleństw. To co w języku codziennym razi tylko trochę, choć jest celowym zabiegiem autora, razi o wiele bardziej w literaturze. Literaturze podróżniczej. Ten język, przekleństwa, to nie są cytaty, pokazanie realiów oglądanego świata, a wyraz swoich własnych odczuć i wrażeń z podróży.
I tak choć purystką językową nie jestem, to tak jak na co dzień staram się tego typu język bardzo ograniczać, tak w słowie pisanym go nie toleruję. Czytało mi się więc Zapiski ciężko, wielokrotnie je odkładając i męcząc coś, co normalnie pochłonęłabym w dwa – trzy dni. Jednak gdzieś koło setnej strony pojawiła się nadzieja. Możliwe, że autor trochę bardziej polubił RPA. Może znudził się nienaturalnym (?) dla siebie językiem, a może po prostu nie zauważył swojej niekonsekwencji. W każdym razie w drugiej części książka stała się mniej chaotyczna, przedstawiając w ciekawszy sposób spotkanych ludzi, odwiedzone miejsca, usłyszane historie. Choć niedoskonała, zaczynała mi się ją lepiej czytać. Znalazłam również swój ulubiony cytat, doskonale obrazujący ratowanie małp z niewoli i uczenie ich życia w środowisku naturalnym. „Mamy do czynienia z uczeniem małpy, jak być małpą, z wydobywaniem małpy z małpy, z przywracaniem małpiej duszy porządku zaburzonego przez człowieka.”
„Mamy do czynienia z uczeniem małpy, jak być małpą, z wydobywaniem małpy z małpy, z przywracaniem małpiej duszy porządku zaburzonego przez człowieka.”
To co w książce jest wartościowe to południowo-afrykańskie legendy. Każdy rozdział z podróży przeplatany jest legendami, które w ciekawy sposób przedstawiają afrykańskie wierzenia i kulturę. To one, od samego jej początku, sprawiały, że nie rzuciłam Zapisków w kąt, choć nie raz miałam na to ochotę. To one przenosiły mnie do innego świata, pokazały to co niewidoczne, zachęcały do odwiedzenia tego fascynującego kraju, pomimo jego trudnej historii. Uczyły i pochłaniały. Chciałabym, aby to one były treścią tej książki, bez opowieści, wspomnień i przemyśleń. Choć wtedy pewnie nie byłyby to Zapiski a Legendy Nosorożca.
A Ty co sądzisz o tego typu zabiegach językowych? Uważasz, że to sposób na wyróżnienie się czy nieakceptowalna próba bycia „fajnym”?







Ewa Jermakowicz





