Zderzenie z mapą
Znajduję stację, na której muszę wysiąść. Dziesięć minut spacerkiem i będę w hostelu. Przyśpieszam tempa, muszę zdążyć na paradę. Piętnaście minut, dwadzieścia, trzydzieści. W końcu znajduję właściwą ulicę, nie znajduję domu. Bo na mapie nie jest zaznaczona co najmniej co druga ulica. Zapewne dla przejrzystości. Ja nadal uważam to jeszcze za moją nieuwagę i nieznajomość miasta. Zostawiam swój plecak w recepcji i pędzę pod Pałac. Za wcześnie na zameldowanie, za późno, aby czekać jeszcze pół godziny. Pożałuję tego w nocy, śpiesząc się na złamanie karku i tracąc Festiwal Ognia, czyli Kurama Hi Matsuri.
Na Festiwal jednak nie warto
Mijam kolejne ulice. Zaczynam mieć podejrzenia, że idę w złym kierunku. Ulice się nie zgadzają, a droga dłuży niemiłosiernie. Nieraz zdarzy mi się to w Kioto, ale tylko tym jednym razem idę we właściwą stronę. Po drodze spotykam Polaków. Przyjechali do Osaki na konferencję, wypadli na pół dnia do Kioto, też śpieszą do Pałacu. Na chwilę łączymy siły i swoją niepewność. Znów się rozdzielamy, spotykając ponownie na miejscu. Tłum zaczyna gęstnieć. Jesteśmy tam gdzie trzeba. Wspinam się na skrzynkę elektryczną, rozkładam sprzęt, po jakimś czasie dołączają do mnie inni turyści na skrzynce obok. Czekamy na rozpoczęcie Jidai Matsuri. Coś jest nie tak, bo wszyscy Japończycy stoją po drugiej stronie ulicy. Marsz się rozpoczyna a ja tracę zapał tak szybko jak się u mnie rozpalił. Szybka wycieczka metrem, autobusem, spacer po Gion i kolejna wycieczka pociągiem, tym razem do Kurama, na festiwal ognia. Kioto poczeka na kolejne dni.
Jakoś tego miasta nie czuję. Szerokie, zatłoczone ulice, śpieszący się ludzie, niejapońskie sklepy i brzydkie budynki. Większość miasta nie ma w sobie tego japońskiego uroku i klimatu, jest taka nijaka.
Stare Kioto
Najładniej prezentują się tradycyjne uliczki gdzieś pomiędzy Gojo Dori, Kawaramachi, rzeką Kamo i wzgórzami na wschodzie miasta. Niewielki teren Starego Miasta. Z uroczymi uliczkami, sklepikami, tradycyjnymi drewnianymi domami. Znaleźć tu można urocze herbaciarnie i gejsze przechadzające się wąskimi uliczkami. To tu można również zabawić się w gejszę, wykupując makijaż, strój i sesję zdjęciową w pakiecie. Herbaciarnie przygotowują ceremonię parzenia herbaty, jest też Centrum Kultury Gion, które różne tradycje stara się upakować w ładne pudełkoi sprzedać po jak najwyższej cenie.
Gion
Większość spacerujących gejsz to nie gejsze. Są wśród nich głównie Chinki i Tajwanki, które do Japonii przyciągają bardzo niskie ceny lotów. Bez wprawnego oka, kobietę w takim makijażu trudno jednak rozróżnić. Do czasu, gdy gejsza jest blond i nie ma skośnych oczu. Gejsze, geiko i przebrane turystki, wszystkie pięknie wyglądają na zdjęciach. Aby jednak spotkać te prawdziwe, należy do Gion udać się między 17 i 18, kiedy to idą one do herbaciarni, miejsc swojej pracy. Gejsza to kobieta sztuki, latami ucząca się w specjalnych szkołach muzyki, sztuki i tańca. Towarzystwo gejszy na prywatnym przyjęciu kosztować możę nawet kilkanaście tysięcy dolarów.
Zamek Nijo
Arashiyama
Od szumu miasta warto ucieć na jego zachodnie obrzeża, do Arashiyama. Choć jest to miejsce już wyłącznie turystyczne, to poniekąd zachowało swój urok, które utrzymuje od okresu Heian (VIII – XII wiek), kiedy to stało się popularnym miejscem odwiedzin. Tłumy skupiają się jednak przede wszystkim w okolicach dworca kolejowego, który otoczony jest z kolei niezliczonymi sklepikami i restauracyjkami, a przy samej stacji stoi las kimon. Kawałek dalej nad wodą wznosi się Most Togetsukyo, który – choć cieszy się mianem jednego z najważniejszych atrakcji Arashiyama – nie zachwyca moim zdaniem urodą. Ja szukałam jednak – poza piękną, niezwykle prostą, Świątynią Tenryuji, lasku bambusowego. Niezwykle fotogenicznej, zielonej alei porośniętej rzędami drzewek bambusowych. I choć w tłumie ludzi ciężko było o dobre ujęcie, cierpliwość popłaciła. A spacer nią zaprowadził mnie niemal wprost na stację kolejki widokowej (Saga Scenic Railway). Zbudowane tuż przy rzece Hozu tory sprawiają wrażenie, jakby ich jedyną rolą było zachwycanie podróżnych. A jadąc co chwilę myśli się o tym, że drzew przy torach powinno być mniej, by nie zasłaniały. Ale to właśnie natura, w tym te drzewa, tworzą przepiękną i harmonijną całość, i tak jak rzeka, są niezbędne aby w pełni docenić tą niezwykłą, choć krótką, trasę.W drogę powrotną udać się można również kajakiem lub łodzią, korzystając na przykład z dwugodzinnego Hozu River Boat Tour.
Kiyomizudera
Fushimi Inari
Złoty Pawilon
Śniadanie na targu
Kioto piękne Kioto brzydkie
Praktycznie
– Kupując bilety na Saga Scenic Railway warto poprosić o bilety przy oknie, po prawej stronie pociągu w drodze do Kameoka i po lewej w drodze powrotnej. Poza miesiącami letnimi jedyny otwarty wagon nie jest najlepszym pomysłem, gdyż przy 25km/h mocno wieje i mrozi, nawet przy stosunkowo ciepłej pogodzie.
– Większość świątyń warto odwiedzać w godzinach rannych ze względu na znacznie mniejszą ilość odwiedzających.
– W Fushimi Inari warto pójść dalej, ponad punkt widokowy i niemal kończące się na jego wysokości bramy. Cisza, spokój i natura sprawiają, że nabieramy do wszystkiego dystansu, a kolejne odwiedzane świątynie przestają wyglądać podobnie do siebie.
– Polecam wypróbowanie hotelu kapsułowego 9hours. Sceneria jak z promu kosmicznego, a do tego wygodne i ciche kapsuły. W sam raz na pierwsz (i być może jednak nie ostatni) raz.
– Spróbujcie Yatsuhashi cream puff. Jesienią najlepiej z nadzieniem kasztanowym.























Ewa Jermakowicz





