Miasto słońca, wzgórzy i żółtych tramwajów. Europejskie San Francisco. Stolica fado. Ojczyzna Pastéis de Belém i miejsce, na które weekend to zdecydowanie za mało. Zapraszam Was na wycieczkę po Lizbonie.
Podróż na wszelkie zło
Do Portugalii wybrałam się trochę przez przypadek. Prywatnie byłam w rozsypce i wiedziałam, że dłużej nie wytrzymam. Nie od dzisiaj podróż jest dla mnie „lekarstwem na wszelkie zło”, więc i wtedy udałam się do szefa po urlop (i o dziwo dostałam go na za kilka dni), a od drugiego szefa dostałam polecenie „leć do Portugalii”. I poleciałam. Była końcówka marca. W Polsce szaro, buro i zimno. Wiedziałam, że będzie cieplej, ale nie przesadzajmy, to nadal Europa, i nadal marzec. Ciuchy wzięłam letnie, ale w żadne kremy ochronne się nie zaopatrzyłam. Przyleciałam do Porto. Nie było jeszcze wtedy bezpośrednich lotów między Polską a Portugalią, więc po drodze zahaczyłam jeszcze o Luton, które swoją drogą jest całkiem przyjemną wioską.Prosto z Porto pociągiem udałam się do Lizbony, w której to planowałam kolejne trzy dni. Okres był ciężki, urlopy last minute charakteryzują się tym, że trudno jest wyjść z pracy, wszystkie przygotowania zostawiłam więc na ostatni wieczór. Wieczór, w którym Internet postanowił przestać działać. Wiedziałam więc tylko, że nocleg zarezerwowałam, znałam adres, ale nic poza tym.
Windą po mapie
Wysiadam z pociągu. Dworzec wydaje się jakby daleko od centrum. Dookoła nic. Jakieś pozamykane budynki, puste ulice, opuszczone domy. Nie tego się spodziewałam na zachodzie naszego cudownego kontynentu. Znalazłam kafejkę internetową. Cel był jeden. Sprawdzić na mapie jak dostać się do hostelu, ponoć w samym centrum, ale gdzie jest centrum? Ludź spotkany po drodze ani mru mru po angielsku czy niemiecku, wymamrotał coś po francusku. Trzeba się było ratować mapami. Wirtualnymi.
Mapa pokazała drogę, więc idę. W prawo, prosto, znowu w prawo, szukam ulicy. Minęłam pierwszą, drugą, trzecią. W czwartą mam skręcić w lewo. Ulicy nie ma. Jest winda. Windy na mapie nie było, ale pasuje jak ulał. Windą się chcę przejechać, ale niekoniecznie teraz. Nic to, trzeba improwizować. Trochę dalej, w prawo, w lewo, schody, więcej schodów. Trzysta schodów i chyba już jestem na miejscu. Ooo, kolejne schody. Pokój jest na piątym piętrze. Prawie czterysta schodów i jestem na miejscu. Witamy w Lizbonie!
Mieszkając na wzgórzach
Lizbona została niemal całkowicie zniszczona w roku 1755 przez trzęsienie ziemi. Bogacze budowali się na płaskim terenie, bo pomyśleli, że tak będzie bezpieczniej. Portugalia leży na bardzo aktywnym sejsmicznie terenie, więc jeśli masz wystarczająco pieniędzy starasz się przed tym zabezpieczyć. Płaskie tereny miasta były bardzo drogie. I podczas wielkiego trzęsienia ziemi okazało się, że wszystkie piękne, nowo wybudowane budynki uległy całkowitemu zniszczeniu. Ostały się te biedne, „niebezpieczne”, położonej na wzgórzach dzielnicy Alfama. Teraz, na pozostałym po tym wydarzeniu płaskim terenie, jest tam wielki Plac Handlowy (Praça do Comércio). A życie toczy się dookoła. Poza tą jedną, piękną i szeroką, ulicą – na wzgórzach. I właśnie dlatego, aby zwiedzić Lizbonę trzeba mieć kondycję. A jak się kondycji nie ma to trzeba skorzystać z tramwaju. Tramwaju nietypowego, bo takiego, który po tych wszystkich wzgórzach jest w stanie jechać. Małym, starym, takim, który spełnia wymagania, których nie spełniają nowe konstrukcje. Gdzieniegdzie są też kolejki zębate. Jeżdżące w dół i w górę, po jednym torze, tam, gdzie tramwaj nie da rady, a nogi za bardzo bolą. Jeśli nie chcemy za dużo się wspinać warto kupić bilet dzienny. Jeśli chcemy pojechać dalej od centrum też warto kupić taki bilet. Bo pojedyncze nie bardzo się opłacają. Dwa przejazdy i inwestycja się zwraca. Żeby jednak bilet kupić trzeba najpierw go znaleźć. Za pojedynczy przejazd można zapłacić u kierowcy. Jednak ani kierowca ani informacja turystyczna nie potrafi wskazać gdzie kupić taki krótkoterminowy. Otóż na poczcie. Proste. Znaleźć pocztę. To jedno z większych wyzwań moich wyjazdów. Kupię pocztówki, kupię znaczki, ale nigdy nie znajdę poczty. Tutaj nie było wiele lepiej. Łamanym angielskim dostaję instrukcję. Kawałek prosto, później w prawo. Wchodzę do bramy, widzę biura. Lituje się nade mną jedyna anglojęzyczna osoba. Petent, który akurat tamtędy przechodził. Zaprowadza mnie na pocztę. Do czerwonych przyczep na środku placu. Takiej poczty się nie spodziewałam.
Odrobina nieba dla podniebienia
Wyprawa była warta poszukiwań. Około 20 minut w tramwaju zawiozło mnie do Belem, drugiej dzielnicy, która przetrwała katastrofalne trzęsienie ziemi. Wielkie monasterium to tylko jedno z atrakcji tej okolicy. Pierwszeństwo mają ciastka. Nie byle jakie. Opatentowane, po raz pierwszy wypieczone w 1837 roku, Pastéis de Belém. Słyszałam o nich wiele, wiedziałam niewiele. Ogromna przestrzeń, kolejne pomieszczenia wyłożone niebieskim azulejos. Dużo ludzi, tylko kilka wolnych stolików. Zjeść można przede wszystkim Pastéis. Wypić na przykład herbatę. Za niebo w gębie, przyprawione cukrem pudrem i cynamonem, płaciło się niewiele ponad 2 euro. Za dzbaneczek herbaty drugie tyle. Ciasteczka można wziąć na wynos. Z cukrem i cynamonem w saszetkach, choć świeże są nieziemsko lepsze, wersja na wynos również powala. To jeden z tych smaków, których ciągle mi brakuje. Bo dostępne w innych częściach kraju Pastéis de Nata to tylko ich podróbka. Smaczna, ale nie powalająca.
Po słodkiej uczcie warto się wybrać na spacer. Aby zwiedzać wnętrza Klasztoru Hieronimitów w Belem trzeba koniecznie sprawdzić godziny otwarcia. Może się okazać, że dłuższa biesiada pozbawi nas możliwości jego zwiedzenia, tak jak to było w moim przypadku. To jednak nie koniec możliwości. Nieopodal znajdują się jeszcze dwie atrakcje. Obronne (choć bajkowe w swym wyglądzie) Torre de Belém, które niegdyś znajdywało się na środku rzeki, teraz niemal przy jej brzegu, oddzielone tylko malutkim mostkiem. Jest też wielki pomnik odkrywców, upamiętniający wszystkich odważnych, którzy wieki temu odkrywali dla nas dalekie lądy, przywożąc ze sobą nowe smaki i niespotykane dotąd przygody.
Uwaga, strajk!
Lizbona nie ma bezpośredniego dostępu do morza. W sensie morskiej plaży, nabrzeża. Leży przy ujściu Tagu do Atlantyku. Wystarczy jednak pojechać kilkanaście minut za miasto, aby cieszyć się oceanicznymi plażami. Planując wyjazd pamiętać jednak warto o strajkach. I unikać piątków. Bo piątek to najlepszy moment, żeby wydłużyć sobie weekend, pracować trochę mniej, wolniej, albo krócej. Ostrzeżenia co prawda są, ale trzeba znać portugalski. Ja tak nad morze wybrałam się właśnie w piątek. Najpierw pociąg do Cascais, później autobus do Cabo da Roca, czyli najbardziej na zachód wysuniętego fragmentu Europy, a później do bajecznej Sintry, która swoim pięknem zasługuje na osobny artykuł. Dzień wcześniej wszystko sprawdziłam. Z którego dworca trzeba jechać, jak często są autobusy. Nie przetłumaczyłam jednak sobie żółtych plakatów, które mówiły, że w piątek bilet można kupić dopiero od 12. I nikt nie ostrzegł, że strajkują również automaty.
Na miejscu byłam już o 9 rano. Plan był intensywny, kolejki do kas wielkie. Dopiero po około 20 minutach stania zorientowałam się, że coś jest nie tak. Za dużo osób odchodziło z kwitkiem. Właściwie wszyscy. Bo okienka były otwarte. Tyle, że biletów nikt nie sprzedawał. Pociągi jeździły, jak gdyby nigdy nic, a ja po godzinie w kolejce i „odebraniu” swojego kwitka, udałam się do pobliskiego parku. Park to specyficzny, bo betonowy. I na tym betonie stały sobie plastikowe, okrągłe, donice. Z drzewkiem w środku, ławeczkami dookoła, widokiem na wodę i parzącym słońcem z góry. Słońce zdążyło mnie już spalić, po pierwszym dniu, a ja dopiero czwartego odkryłam, że gruba warstwa podkładu działa równie dobrze jak filtr. Było już jednak za późno.
W pociągu nie było czym oddychać. Wszyscy, którzy planowali wyruszyć od rana, znaleźli się w tym jednym, jedynym składzie. Tym, który jechał jako pierwszy po rozpoczęciu sprzedaży biletów. Prosto do Cascais. W objęcia oceanu, wprost do mikro plaży. 100m wzdłuż, 50m wszerz. Murek, na którym się można oprzeć. I kolejne dwie godziny czekania na autobus. Bo Cascais celem nie było. I na cel nawet nie wyglądało.
Na końcu Europy
Cabo da Roca to kawałek kontynentu, który nagle się urywa i spada wprost w objęcia hektolitrów wody. Piękne kwiaty, zieleń, i jak to bywa w takich miejscach, ścieżki, na które się nie wchodzi. Ścieżki, które przyciągają, wołają i którym się ulega. Przez które ucieka kolejny autobus i ostatnia szansa na zwiedzenie zamku Maurów, w Sintrii.
Lizbona też ma swój Zamek. Położony na wzgórzu, górujący nad miastem, Castelo de São Jorge (Zamek Św. Jerzego), wymaga od swych gości pewnego poświęcenia. Do szczytu można się zbliżyć, ale i tak w końcu trzeba się trochę wspiąć. Kręte uliczki, mylące znaki i znikający za budynkami Zamek sprawia, że krótka droga może stać się przyczółkiem nowych znajomości, z innymi zagubionymi gośćmi.
Nieoczywiste oczywistości
Lizbona zaskoczyła mnie zarówno swoim pięknem jak i ubóstwem. Obok pięknie odrestaurowanych kamienic stoją opuszczone, popadające w ruinę a równie piękne niegdyś, domy. Idąc nawet najbardziej popularnymi ulicami miasta można zobaczyć pustostany, które czekają na swoją kolej, aby je wyburzyć. Nie tylko w Lizbonie, ale i w Porto. To właśnie te opuszczone budynki zaskoczyły mnie najbardziej. Bo Polska, choć ponoć biedniejsza, na tym tle wypada znacznie lepiej. Zastanawiam się tylko czasem czy jednym z argumentów do nieodrestaurowywania tych pięknych murów są być może zmieniające się standardy bezpieczeństwa i architektury w miejscach zagrożonych trzęsieniami ziemi.
Informacje praktyczne
Noclegi
Możliwości zakwaterowania w Lizbonie są tak różnorodne jak samo miasto. Można wyspać się w luksusowym hotelu, tanim hosteliku, guest house i na campingu. Ceny zaczynają się od kilkunastu euro, górną granicę można sobie tylko wyobrazić. Zakwaterowania najlepiej szukać na jednym z portali pośredniczących w rezerwacji hoteli i hosteli.
Na ostatnią chwilę ciężko jest znaleźć hosta przez Couchsurfing, trochę łatwiej może być korzystając z Airbnb.
Jedzenie
Portugalia ma bardzo zróżnicowaną kuchnię i warto z tej różnorodności skorzystać. Do tradycyjnych dań można zaliczyć zupę Caldo Verde (której głównymi składnikami są ziemniaki i kapusta, czasem dodaje się również kiełbasy chorizo), popularny są dania z dorsza oraz owoców morza, a na deser warto spróbować pudding ryżowy. Popularne są sery z mleka owczego, koziego, krowiego lub ich mixu (do najbardziej popularnych należy queijo da serra), a w Lizbonie nie możemy odjechać bez spróbowania Pastéis de Belém.
Transport
Po mieście najlepiej poruszać się metrem, tramwajami i autobusami. Metro jeździ między 6:30 rano i 1 w nocy.
Tramwaj numer 28 to z kolei „must do” w Lizbonie. Tradycyjny, stary, żółty, pokonuje kolejne wzgórza i górki z wyjątkową gracją. Jazdę najlepiej zacząć na Miradouro das Portas do Sol i zakończyć na przystanku Estrela Basilica.
Pojedynczy bilet, ważny na 60min, kosztuje Euro 1,40. Całodzienny bilet to koszt 6 euro. Podróż kolejką zębatą kosztuje 1,25 euro, bilet można kupić u motorniczego.
Znalazłeś w tym artykule przydatne informację? A może czegoś Ci w nim zabrakło? Zostaw komentarz, Twoja opinia pomoże mi lepiej dostosować i rozwijać artykuły zawarte na blogu.
Chcesz na bieżąco wiedzieć co się ciekawego dzieje? Dołącz do fanów bloga na facebook’u.























Ewa Jermakowicz





