Zanim zaprosiłam blogerów do podzielenia się swoimi doświadczeniami podróży na etacie zrobiłam mały research w Internecie. Już w pierwszym miejscu spotkało mnie rozczarowanie. Młoda dziewczyna, pisząc o tym, że wychodzi wkrótce za mąż, pyta czy da radę połączyć codzienne życie z podróżami. Jej nadzieje zostają zabite już w pierwszej odpowiedzi, gdzie ktoś mówi, że po ślubie są inne priorytety, wyjazd raz na kilka lat, jak pojawi się dziecko… Czytając to zrobiło mi się smutno. Smutno, bo zdaję sobie sprawę, że życie nie zawsze układa się tak jakbyśmy tego chcieli. Ale w tym życiu ważne jest, żebyśmy kierowali nim w interesującym nas kierunku jak tylko jest to możliwe. I dlatego dzisiaj zapraszam Was na spotkanie z Łukaszem Kędzierskim, który ze swoją rodziną – żoną Agą i małą Nadią – podróżuje znacznie częściej niż raz na kilka lat.
Rusz w Podróż: Prowadząc „typowy” tryb życia, dzieląc swój czas pomiędzy pracę, dom, rodzinę i przyjaciół, każdy z nas układa sobie priorytety. Powiedz jak wygląda szczyt Twojej listy. Z czym podróże wygrywają a z czym przegrywają?
Łukasz Kędzierski: Podróżujemy rodzinnie tzn. mała Nadia, Aga i ja, zatem nie musimy dzielić czasu pomiędzy domem a rodziną, ponieważ najczęściej robimy to razem (nie licząc bardziej ekstremalnych wyjazdów jak jaskinie, kanioning czy wspinaczka). Podróże są na samym szczycie listy – są po prostu najważniejsze… ze względu na podróże układamy nasze plany urlopowe, spotkania z rodziną i znajomymi, czy wydatki z budżetu domowego.
Łukasz: 26 + 2 dni opieki nad dzieckiem :) do podziału z żoną po równo.
RwP: A ile dni w roku przeciętnie spędzasz w podróży? Czy zawsze są to wakacje czy liczysz też ewentualne podróże służbowe? Ile dni w tym roku spędziłeś w drodze?
Łukasz: Nie lubię łączyć celów wyjazdu. Kiedyś z kolegą wymyśliliśmy, że pojedziemy z naszymi żonami na wyjazd turystyczno-kanioningowy, gdzie każdy będzie zadowolony i udało się tak średnio. Ani żony nie były zadowolone ze zwiedzania, ani my z pokonanych kanionów.
Tak właściwie to statystyki się nie liczą, tylko zabawa i przyjemność z wyjazdu. Czasami parę godzin w fajnym miejscu może być bardziej wartościowe niż tygodniowe włóczenie się po zabytkach. Jednak skoro pytasz to policzmy: Tajlandia-Kambodża: 25 dni, Drezno: 4 dni, Inwałd: 3 dni, nurkowanie w Egipcie 7 dni, Bornholm samochodem: 9 dni, rejs jachtem na Bornholm: 4 dni, czeskie skalne miasta: 3 dni, czyli w sumie około 55 dni. Nie wyszło tego zbyt wiele.
RwP: Dla wielu osób 55 dni to całkiem sporo, zwłaszcza biorąc pod uwagę „tylko” 26 dni urlopu i inne zobowiązania. Podpowiesz w jaki sposób znajdujesz czas na tyle podróży?
Łukasz: Co roku wykorzystuje maksymalnie urlop. Nie jestem z tych co to mają problem z wykorzystaniem zaległego urlopu sprzed kilku lat. Staram się co roku wyjeżdżać gdzieś dalej, najczęściej do Azji, na 3-4 tygodnie, a pozostałe dni wraz z weekendami i innymi wolnymi łączę tak, aby zyskać jak najdłuższe wyjazdy. Wystarczy wyjechać w piątek od razu po pracy i wrócić po tygodniu w niedzielę późno w nocy, a wtedy mamy do dyspozycji prawie 9 dni, biorąc tylko 5 dni roboczych wolnego. Jak jeszcze trafi się jakiś dzień świąteczny, to oszczędzam w ten sposób mój drogocenny urlop. Szkoda, że nie można odkupywać sobie wolnego pomiędzy pracownikami.
Podobnie z weekendami, które często są niedoceniane przez ludzi. Tak na prawdę weekend to 2,5 dnia, zatem można przez ten czas wiele zobaczyć w niedalekich okolicach.
Każdy rok zaczynam od oglądania nowego kalendarza i wyszukuję interesujących mnie okazji na przedłużenie weekendu, aby nie trzeba było dokładać dużo dni urlopowych.:)
RwP: A nie chciałbyś wyruszyć w dłuższą podróż? Może dookoła świata?
Łukasz: Niestety to nie jest takie łatwe… każdy ma pewne zobowiązania itd… z drugiej strony to chyba tylko wymówka. Nie wiem czy podobałoby mi się tak na dłuższą metę wyjechać na kilkanaście lub kilkadziesiąt miesięcy, choć na pewno chciałbym kiedyś spróbować, aby móc się przekonać na własnej skórze. Dotychczas mój najdłuższy wyjazd to były 4 miesiące i to chyba taki odpowiedni czas, żeby spokojnie powłóczyć się po jakimś miejscu, mieć czas na posiedzenie w knajpce, rozmowę z miejscowymi, odwiedzenie miejsc godnych uwagi.
Uwielbiam wracać z podróży naładowany obrazami, sytuacjami, historiami, którymi chce się dzielić ze znajomymi. Jednak po kilku dniach jestem już gotowy spakować swój plecak i znowu wyjechać. Zatem wydaje mi się, że długoterminowa podróż tak, jednak z niewielkimi przerwami, to byłoby coś co by mi się podobało.
RwP: Z dużym wyprzedzeniem musisz planować w pracy urlop? Jak Twój szef podchodzi do Twojego hobby?
Łukasz: Mam szczęście do szefów. Z każdym z moich dotychczasowym dobrze się dogadywałem – relacje zawsze były partnerskie, po prostu dobrzy kumple, którzy tylko w hierarchii organizacji byli na innych poziomach. Zatem zawsze ustalamy sobie kto, kiedy i na jak długo chce jechać i dopasowujemy terminy tak, aby wszystkim pasowało. Nigdy nie było z tym problemu. Wynika to też z tego, że wyjeżdżam na urlop najczęściej w terminach, gdy wszyscy już dawno są po lub dopiero przed wolnym. Wynika to z faktu, że najdłuższe wyjazdy najczęściej są do Azji, gdzie przyjemna pogoda wypada od września do marca.
RwP: Masz czas na przygotowania przed wyjazdem? Czy może zlecasz organizację innym?
Łukasz: Praktycznie od zawsze wyjeżdżam na własną rękę, gdzie sam sobie wszystko organizuję tzn. wybieram miejsce, kupuję bilety, czytam co warto, a czego nie warto zobaczyć, robię szkic planu, pakuję plecak i wyjeżdżam. Daje to olbrzymią swobodę, nikt niczego mi nie narzuca, sam decyduję o wszystkim. Podróż to przyjemność, to niewiadoma, to reagowanie na aktualne wydarzenia, to zaskoczenie, a wszystkiego tego brak (przynajmniej w moim odczuciu) w zorganizowanych wyjazdach. Po prostu takie mamy charaktery, że lubimy wszystko sobie zorganizować.
Często na miejscu dowiadujemy się o interesującym rejonie, o fajnym wydarzeniu lub o czymś co warto, a nie było nigdzie opisane w przewodnikach, bo wiedzą o nim tylko miejscowi. Nie podoba mi się w danym miejscu, jadę dalej. Mam ochotę siedzieć kilka dni i czekać na odpowiednie światło – zostaję na dłużej, zmęczyłem się i chcę trochę odpocząć – leniuchuje na plaży itd.
RwP: Temat na deser, zazwyczaj najbardziej dyskusyjny, czyli zarobki. Zapewne zdarzyło Ci się usłyszeć, że musisz dużo zarabiać, żeby tyle podróżować. A jak jest naprawdę?
Łukasz: Wydaje mi się, że nie jest to kwestia zarobków, a tego jak podchodzimy do sprawy i swoich priorytetów. U nas, jak już wcześniej mówiłem, podróże są na pierwszym miejscu. Nie potrzebuję firmowych ubrań, złotych zegarków, czy niepotrzebnych gadżetów, a po mieście jeżdżę komunikacją miejską. Zwracamy uwagę na to ile i gdzie wydajemy i dzięki temu zawsze uda nam się odłożyć trochę oszczędności na wyjazd. Nie lubimy przepłacać za coś za co nie warto, gdy wyższa cena nie jest podyktowana wyższą jakością, a tylko jakąś bardziej znaną marką.
Nie lubię określenia „tanie podróżowanie” czy low-cost, bo ostatnio się mocno zdegradowało ich znaczenie. Jednak w podróży nie szukamy hoteli pięciogwiazdkowych, restauracji dla turystów, czy wygód rodem z wakacji all inclusive. I nie jest to kwestia pieniędzy, a tego, że taki rodzaj podróży nas nie interesuje.
Jednak jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach, bo będąc np. w Las Vegas nie wyobrażam sobie spać w innym miejscu niż na głównej The Strip w jednym z hoteli pięciogwiazdkowych (i to za niewielkie pieniądze), bo inaczej nie poczuje się klimatu tego miejsca. Jednak na tajskiej plaży wystarczy nam bambusowy bungalow z zimną wodą i miejscem na łóżko z wiatrakiem zamiast klimatyzacji. Priorytet – ma być czysto.
Jedzenie na azjatyckiej ulicy jest rewelacyjne, autentyczne i tanie. Nocleg w guesthousie w przyzwoitych warunkach kosztuje dużo mniej niż w Polsce. Bardzo często lokalny transport jest tani. Jak dodać to wszystko do siebie to 3-4 tygodniowy wyjazd do Azji organizowany na własną rękę kosztuje porównywalnie z dwu tygodniowymi wakacjami all inclusive wykupionymi w biurze podróży do Egiptu, Turcji czy Tunezji.
RwP: Powiedz coś od siebie. Dobre słowo, wskazówka dla osób, które chciałyby zacząć podróżować.
Łukasz: Ograniczenia istnieją tylko w naszych głowach. Jeżeli ktoś chce zacząć podróżować na własną rękę a ma mnóstwo obaw, proponuję, żeby rozpoczął od czegoś łatwego. Najpierw wyjazd na kilka dni gdzieś w Polskę, później tydzień w Europie z plecakiem i tak małymi kroczkami można później pojechać gdziekolwiek.
Podobnie było z opiniami znajomych, że jak pojawi Wam się dziecko to już macie po podróżach, że nigdzie już nie pojedziecie, że wszystko się zmieni. Kolejny raz okazuje się, że „chcieć to móc”, czyli wyzbyć się ograniczeń w naszych głowach. Z 12-miesięczną Nadią byliśmy 3 tygodnie w Malezji i Singapurze W wieku 17 miesięcy pojechała z nami do Tajlandii i Kambodży, o europejskich wyjazdach nawet nie będę wspominał. Zatem można? Można. Na naszym blogu pokazujemy, że podróżowanie z dzieckiem nie jest czymś wielkim, czymś niezwykłym i da się, sprawia to przyjemność i olbrzymią satysfakcję – wystarczy chcieć.
Ostatnio coraz częściej piszą do nas osoby, które zainspirowały się podróżami naszej Nadii i też postanowiły spróbować wyjechać z dzieckiem gdzieś dalej. Jest to strasznie miłe.
*Zdjęcie przesłane przez Łukasza.
Koniecznie zajrzyj na blog Łukasza.
Zobacz także poprzedni wpis w serii „Podróże na etacie” oraz wywiad z Izą.
W Nowym Roku wywiady z serii „Podróże na etacie” przeczytacie co dwa tygodnie, w niedzielę. Najbliższy już 11 stycznia. Rok rozpocznie z nami kolejna podróżująca para. Zgadniecie kto to taki?
Znalazłeś w tym artykule przydatne informację? A może czegoś Ci w nim zabrakło? Zostaw komentarz, Twoja opinia pomoże mi lepiej dostosować i rozwijać artykuły zawarte na blogu.
Chcesz na bieżąco wiedzieć co się ciekawego dzieje? Dołącz do fanów Not Just the Dreams na facebook’u.







Ewa Jermakowicz





