Seria „Podróże na etacie” powstała po to, aby pokazać że można. Że nie trzeba rzucać pracy i ruszać w podróż dookoła świata, aby zobaczyć coś ciekawego. Że można mieć 20 albo 26 dni urlopu i złożyć z tego dwa miesiące w drodze. Że można podróżować budżetowo albo wygodnie, samotnie albo w grupie, ale przede wszystkim mając w domu łańcuszek w postaci etatu.
Jak łączyć pracę z podróżami
Nie od wywiadów się jednak zaczęło a od wyszukiwarki. Ktoś wpisał „jak łączyć pracę z podróżami” i trafił na moją stronę mimo, że wcześniej o tym nie pisałam. I wtedy zdecydowałam, że muszę coś z tym zrobić. Bo wychodzę z założenia, że to łączenie pracy z pasją nie najgorzej mi wychodzi, że mam coś w tym temacie do powiedzenia i że znam ludzi, którzy robią podobnie. A przede wszystkim doszłam do wniosku, że warto pokazać Wam, że możliwość podróżowania zależy przede wszystkim od chęci, a w znacznie mniejszym stopniu od szeroko pojmowanych możliwości.
Bo się nie da
Też mi się kiedyś wydawało, że się nie da. Pracowałam od 13 do 22, z której często robiła się 23. Wracałam do domu o północy, szwendałam się po internetach do 3. Wstawałam o 10, czasem o 11, szykowałam się i szłam do pracy. Pasjonujące życie. Czasem wyjechałam gdzieś na przedłużony weekend, raz przypadkiem na all inclusive. Ale moje podróżnicze czasy, gdy urywałam się ze szkoły i jechałam gdzieś z ojcem w trasę, bezpowrotnie minęły. Wściekałam się, że prawo zmusza mnie do 2 tygodniowego urlopu (czytaj nudzenia się w domu), i że nie mam wystarczająco pieniędzy, żeby gdzieś pojechać. Tajlandia? Zapomnij. Z półrocznego planowania wyjazdu pozostała pustka, bo kasa, bo czas, bo kredyt. Trzeba było coś z tym zrobić.
Czasem trzeba zacząć od zmiany pracy
Zaczęłam od zmiany pracy. Tamta nie dość, że mnie zupełnie nie inspirowała to jeszcze sprawiała, że nie miałam życia poza pracą. Poznański Festiwal Malta? Mogłam wyskoczyć na pół spektaklu co najwyżej na przerwie obiadowej. Kino? Zazwyczaj byłam jedynym gościem na sali, czasem towarzyszyli mi znajomi z pracy.
Zmieniłam jednak pracę i głupio było brać urlop. Chomikowałam więc dni wolne, w pierwszym roku pracy niemal nie wyjeżdżając. Zaliczyłam tylko szybki wypad do Portugalii, na tydzień, gdy sytuacja w domu sprawiła, że miałam ochotę wyskoczyć z okna, mostu, albo wszystkich powystrzelać. Musiałam zmienić perspektywę i wyjechać gdzieś daleko. Jakoś w lipcu wreszcie zmądrzałam. Do głowy wpadła mi myśl, że przecież nigdy nie będzie dobrego czasu na wzięcie miesięcznego urlopu. Że kasa jak zwykle przeleci między palcami na jakieś bzdury, których nikt nie potrzebuje. I kupiłam bilety. Na grudzień, bo wtedy jest w Tajlandii najlepsza pogoda. Napisałam do szefa i powiedziałam, że mnie nie będzie. Nie wiedziałam jak zareaguje, w końcu to cały miesiąc.
Bo czas nigdy nie jest dobry
Na szczęście niemal półroczne wyprzedzenie zminimalizowało ryzyko i urlop otrzymałam bez problemu. Projekt mógł się przygotować, ja wydelegować zadania. W grudniu przez miesiąc spełniałam swoje wieloletnie marzenie, podróżując po kraju, o którym myślałam od dawna. Przy okazji złapałam bakcyla, uzależniłam się i nie mogę już przestać. Krótkie wyjazdy do Europy przestały mi wystarczać i coraz bardziej regulanie zaczęłam jeździć dalej. Praktycznie co roku (a czasami i dwa razy do roku) zrywam się z pracy na kilka tygodni, kupując bilety, a dopiero później informując szefa. Zawsze analizuję wszystkie za i przeciw. Biorę pod uwagę plann projektu i okres, kiedy może mnie nie być. A później plan się zmienia, projekt opóźnia i okazuje się, że wyjeżdżam w najbardziej newralgicznym momencie. Ale jak mówią – czas na urlop nigdy nie będzie dobry, trzeba po prostu wyjechać.
Jak zrobić coś z niczego
Z 26 dni urlopu można całkiem dużo poskładać. Nie biorę pojedynczych dni wolnych, nie robię sobie wolnego, bo jestem zmęczona albo muszę pójść do urzędu. Nie przedłużam długiego weekendu jeżeli nie planuję akurat wyjazdu. I intensywnie chomikuję nadgodziny, które jak się okazuje raportuję jako jedyna w zespole. Bo tu niby godzinka, tu dwie, a w skali roku robi się kilka dni. Być może kilka dni na końcu świata.
Czasem wystarczy weekend. Można wyjechać zaraz po pracy, wrócić w niedzielę w nocy. W międzyczasie zobaczyć bliższy lub dalszy zakątek kraju, spróbować nowego sportu, zobaczyć morze zimą, góry wiosną, albo wyskoczyć na weekend do Berlina, Oslo czy Amsterdamu. Zwłaszcza, że promocji lotniczych za kilkadziesiąt złotych jest cała masa.
W pracy i po pracy
Moje podróże służbowe są dosyć monotematyczne. Zazwyczaj jest to Warszawa, czasami Bazylea, raz trafiło się San Francisco. Z Warszawy jednak wyskoczyłam na pokazy lotnicze do Radomia, z Bazylei zwiedziłam Colmar, Lucernę, jeździłam na nartach i zobaczyłam odrobinę Szwajcarii. Będąc w USA nie mogłam sobie odpuścić i wróciłam tydzień później, przez osiem dni jeżdżąc po parkach narodowych. Nie czekałam aż znajdzie się towarzystwo, nie szukałam zorganizowanej wycieczki. I choć wynajęcie samochodu w pojedynkę kosztuje więcej niż we trójkę to zaoszczędzony bilet lotniczy sprawi, że w głowie zostaną wspomnienia, na które być może musiałabym czekać lata.
Za co, czyli o finansach słów kilka
Moje życie kręci się dookoła podróży. Nie zmieniam wystroju wnętrza co dwa lata, niezbyt piękną, pomarańczową, kanapę odziedziczyłam po siostrzenicy a zamiast szafy mam w przedpokoju stertę kartonów. Ubrania kupuję te, które akurat potrzebuję, a nie te, które mi się spodobały na wystawie. Nie kolekcjonuję butów, sukienek ani najnowszych perfum. Inwestuję w sprzęt foto, ale korzystam z rozlatującego się (odpukać) komputera. Pakuje się w 30L plecak, oszczędzając na bagażu, jadę rozlatującym się autobusem z setką lokalsów i idę 6km do hostelu pieszo, żeby nie wydać na taksówkę. Bo dla mnie liczy się bycie a nie posiadanie. W zeszłym roku wszystkie bilety lotnicze kupiłam kartą kredytową. Nie miałam gotówki, ale postanowiłam jechać. Łatwiej jest spłacić co miesiąc 200zł niż nagle znaleźć w portfelu 1600zł. Łatwiej jest zapłacić coś, za co zapłacić musimy, niż regularnie oszczędzać i nie ruszyć odłożonej kwoty. 30 złotych to trzy piwa w knajpie, bilet do Oslo w promocji, półdniowa wycieczka nad wodospady w Laosie albo dwudniowe wyżywienie w Tajlandii. Dzienna paczka fajek razy 365 dni w roku to około 4500zł albo ponad miesiąc w Tajlandii z przelotem, całkiem fajnymi noclegami i atrakcjami.
Zazwyczaj nie można mieć wszystkiego. Nie trzeba jednak mieć bogatych rodziców ani wygrywać w totka, aby spełniać marzenia. Zawsze jednak trzeba wiedzieć na czym nam bardziej zależy i ustawić odpowiednio priorytety.
W sieci…
…pełno jest jadu i zazdrości. Moi znajomi zarabiający znacznie więcej zastanawiają się za co jeżdżę, sami zmieniając co trzy lata samochód. Inni, mając 1500zł wypłaty, podróżują regularnie. Oczywiście, że ciężko jest odłożyć na podróż żyjąć za 1000 złotych. Świat jest jednak otwarty na kreatywność. Przysłowiowy etat to nie jedyna droga. Można dorobić jako copywriter, roznosząc ulotki, składając po nocach kartoniki. Można wyjechać na wakacje do Anglii i sprzątać w hotelu. Można zmienić pracę, żeby zarabiać więcej. Wszystko to już kiedyś robiłam. Wyjechać do innego miasta czy miejscowości, gdy u nas nie ma pracy. A czasem trzeba się po prostu przekwalifikować. Nie w każdym zawodzie jest praca, a nie każda praca to czysta przyjemność. Przez siedem lat pracy w korporacji dopiero od dwóch moje stanowisko jest jako tako powiązane z moim wykształceniem. Miałam pracować w PR, ale pensja, jaką mi zaoferowano, nie starczyłaby na przeżycie. Pracowałam w finansach, które dalekie było od mojego powołania i satysfakcji. Zmieniałam studia i uczyłam się nowych rzeczy, bo tego potrzebował rynek, a nie dlatego, że to był wymarzony kierunek.
Jeśli więc naszym marzeniem są podróże, może warto zastanowić się co chcemy dla nich poświęcić. Być może jest to kariera i zaryzykowanie, że komuś nie spodoba się nasz kolejny urlop. Być może honor, bo fizyczna praca nie jest naszym marzeniem. A być może trzeba rzucić to wszystko i wyjechać na koniec świata, na miejscu pracując i podróżując. Możliwości jest wiele – lokalne hostele szukają pomocy, eko farmy zatrudniają za wikt i opierunek, a czasem ktoś na innym kontynencie szuka opiekunki dla swojego zwierzaka. Internet aż piszczy od nadmiaru ofert, ale najpierw trzeba postawić wszystko na jedną kartę i zrealizować marzenia. Bo czasem dwa tygodnie w Azji kosztują mniej niż tydzień w Warszawie. Można w trzy miesiące w Europie wydać kilkadziesiąt tysięcy a można nie wydać ani grosza. I na to i na to są sposoby. Warto tylko rozważyć czy nie mając majątku warto rezygnować z doświadczeń.
Co jest u Ciebie na pierwszym miejscu? Z czego zrezygnujesz, żeby to osiągnąć?









Ewa Jermakowicz






Dodaj komentarz